— Nie próbowałem.

Chłopiec przyglądał się Turskiemu badawczo.

— Ja sobie pana w ogóle nie przypominam — zakonkludował.

Wejście lokaja, oznajmiającego przybycie Wierzbica, przerwało rozmowę. Iwo znikł w swoim pokoju. Księżna kazała prosić malarza do dużego salonu.

— Przejdziemy tam?

— Służę pani — rzekł Turski, powstając.

Na środku pokoju zatrzymała się i odwróciła ku niemu. Miała melancholijny uśmiech na ustach i oczy szeroko rozwarte, pełne łez.

Nim się mógł spostrzec, przesunęła po jego wargach rękę od przegubu dłoni aż po nagi łokieć. Drgnął mimo woli pod niespodziewanym dotknięciem tej wonnej, miękkiej, jedwabistej skóry.

— Podziękuj — szepnęła.

W salonie czekał Wierzbic, przeglądając dużą tekę, którą przyniósł z sobą. Wstał bez pospiechu i przywitał się krótko. Turski zauważył, że w dziennym świetle wyglądał jeszcze mizerniej, podkrążone oczy błyszczały mu niezdrowo, zapadnięte policzki odbijały przykrą żółtością od dużej, czarnej, pieczołowicie utrzymanej brody. Na ustach miał ciągle jakiś przymarzły, irytujący półuśmiech sarkastyczny.