— Czy pani będzie dzisiaj pozować? — spytał księżną bez wstępu prawie szorstko.
Potrząsnęła głową melancholijnie.
— Nie. Nie jestem usposobiona...
— Trzeba koniecznie. Kilka linii tylko zrobię. Zresztą wie pani, że nie zależy mi na tym, jak pani usiądzie. — Usta wykrzywiły mu się wyraźniejszym, niemiłym uśmiechem. — Podobno mam dar widzenia pani zawsze we właściwych pozach...
Było coś niezmiernie obrażającego w tonie jego słów, a równocześnie drżało pod nimi coś zgoła innego, niż to co było powiedziane; Turski miał wrażenie, że słyszy jakiś przedziwny, potępieńczy krzyk umęczonego do śmierci człowieka...
Księżna zwróciła się do Turskiego z niewinnym, pobłażliwym uśmiechem, który zdawał się mówić:
— I cóż ja zrobię z tym szalonym malarzem? Trzeba mu w końcu ustąpić.
Po czym przeszli do sąsiedniego, obszernego i jasnego gabinetu.
Księżna Helena usiadła swobodnie w wysokim fotelu, wskazując Turskiemu obok miejsce na taborecie. Zaczęli rozmawiać o rzeczach obojętnych z pewnym odcieniem serdecznej, dawnej zażyłości. Obecność trzeciej osoby ułatwiała im naturalną rozmowę.
Wierzbic tymczasem, usadowiwszy się naprzeciw, otworzył tekę i wydobył ołówek. Popatrzywszy przez chwilę na księżną, odrzucił przygotowaną kartę, na której snadź jakiś rysunek był już zaczęty, i wziąwszy świeżą, począł coś kreślić nerwowo. Krzywy uśmiech na ustach wystąpił wyraźniej i zastygł w grymas nieznośny.