Turski nie mógł patrzeć na niego. Spuścił głowę. Tuż przed oczyma miał dość dużą, ale nad wyraz zgrabną i wytworną stopę księżnej w białym, lakierowanym, bardzo płytkim buciku na czarnej jedwabnej pończosze.
Miał wrażenie, że ta stopa drgnęła pod jego wzrokiem i zaczęła się prężyć nerwowo jak kot miękką dłonią głaskany. Przypomniała mu się jakaś dawna, dawna scena, kiedy całe, bosko urodne ciało tej kobiety prężyło się tak pod obłąkanym, zachwyconym jego wzrokiem.
Mówiła doń wówczas:
— Nie patrz na mnie tak, bo łaskoce mnie pieszczota twoich źrenic i o szaleństwo przyprawia!...
Spojrzał na nią i urok wspomnienia pierzchnął w jednej chwili. Zdawało mu się, że złapał niespodziewanie jej wzrok, którym patrzyła nań badawczo, chwytając wszelkie skryte odruchy jego uczucia, aby się do nich zastosować celowo.
Ponieważ rozmowa się urwała, zaczął niepytany opowiadać jakieś szczegóły z pobytu swego w Azji. Przy tym, stosując się snadź mimo woli do nastroju i atmosfery tego domu, kłamał. Miał wiele do opowiedzenia rzeczy ciekawych i rzeczywistych, ale zamiast mówić o nich, wymyślał co innego, co nawet wcale zajmujące nie było.
Po pewnym czasie Turski sięgnął po papierośnicę. Była pusta. Księżna wskazała mu ręką szkatułkę, stojącą na małym stoliku poza plecami rysującego wciąż Wierzbica. Wstał i wziął papierosa. Wracając spojrzał mimo woli przez ramię malarza i przeląkł się. To co zobaczył na karcie, było wprost potworne. Fotel przyjął na niej jakieś barbarzyńskie, nienaturalnie rozrosłe kształty, pochłaniając w sobie postać siedzącej księżnej. Ciała jej, zasłoniętego poręczą, nie było widać, jeno głowę ze spiętrzonymi włosami i małą częścią nagiego torsu oraz wyciągnięte nagie stopy i łydki. Szyja była naprzód wyciągnięta i głowa w forsownym ruchu nagięta ku dołowi; kobieta zgubiona w fotelu patrzyła na coś u swoich nóg z natężeniem, jak wąż hipnotyzujący swą zdobycz, z ohydnie, lubieżnie rozchylonymi ustami, wśród których na dolnych zębach pojawiał się koniec wysuniętego języka. A tam u jej nóg siedział, a raczej stał przykucnięty na czterech łapach on sam. Turski, w postaci orangutana z małymi oczkami, uporczywie w białą nagą stopę wbitymi.
Księżna dostrzegła zdumienie na twarzy Turskiego.
— Musiał tam Wierzbic znowu coś dobrego wymalować! — zaśmiała się.
Turski wzniósł oczy. Teraz dopiero spostrzegł, że na ścianie, pod którą siedział wraz z księżną, znajduje się rodzaj fryzu, złożonego z pastelowych kartonów równej wielkości, ujętych w ramy z białego sosnowego drzewa. Był to potępieńczy taniec oszalałej, chorej wyobraźni. Na każdym pastelu znajdowała się księżna Helena. Żaden z nich nie raził bezpośrednio uczucia przyzwoitości, a przecież wszystkie były okropne. Najokropniejsze zaś te, na których księżna przedstawiona była w ubraniu, tyle tam było szatańskiego wyuzdania lub zimnego, śliskiego jak wąż grzechu w ruchu rąk, w przegięciu ciała, w wyrazie ust i oczu.