Wierzbic, spostrzegłszy, że Turski obrazy jego ogląda, zaśmiał się nerwowo i powstał, składając tekę.

— Co pan myśli o tym wszystkim? — spytał.

— Niewiele. Miałbym ochotę posłać pana do szpitala, choć to są niewątpliwie dzieła sztuki i to bardzo tęgie.

Księżna uśmiechnęła się boleśnie, jak umęczona ofiara.

— I niech pan pomyśli, panie Romanie, że ten człowiek twierdzi, iż się we mnie kocha!

— Czas przeszły, czas przeszły, jeśli mi wolno poprawić łaskawą panią.

— To także choroba — rzekł Turski poważnie, księżnej odpowiadając.

— Sądzi pan, że uleczalna? — odparła pytaniem, patrząc na niego dumnie i wyzywająco.

— Nie jestem lekarzem, nic o tym powiedzieć nie mogę.

Wierzbic mruczał do siebie: