— Tak, tak, choroba, która różne, bardzo różne fazy przybiera.
Wyszli od księżnej razem. Milczeli na szerokich schodach i w ulicy, dopiero kiedy skręcili na planty, Wierzbic roześmiał się głośno.
— Z czego się pan śmieje?
— Ze wszystkiego. Z siebie, z księcia, z księżnej, z pana.
— I ze mnie także?
— Pan nie jest wyjątkiem.
— Ha!
— Wszakże pan... wrócił.
Turski pomyślał, że próżno by było tłumaczyć, iż powrót jego nie ma nic do czynienia z tą atmosferą obłędu, jaką tu zastał, a potem, że to, coby powiedział, mogłoby nie być prawdą. Zapytał więc tylko Wierzbica:
— Myśli pan, że w księżnej jest naprawdę to wszystko, co pan maluje?