—Nie wiem. Ja to w każdym razie widzę.

— To jeszcze nie racja. Pan może mieć chore oczy.

— Może, może...

Turski zaczął mówić raczej do siebie.

— W księżnej nie ma nic demonicznego, ani... diabelskiego nawet. Jest to niezła kobietą i w gruncie rzeczy bardzo biedna. Może nawet trochę... ograniczona. Tylko naokoło dzieje się wariactwo. Ona jest bardzo piękna i ma w sobie... jakby to powiedzieć? Geniusz płci! Bardzo głupie wyrażenie, bo w tym nie ma nic genialnego. Wszyscy, którzy się do niej zbliżają, tracą zmysły i zdolność panowania nad sobą. Robi się piekielna atmosfera, tylko atmosfera piekielna, panie kochany. Ona jest za słaba, aby się do niej nie zastosować, a zresztą — geniusz płci! Tak, tak. Chcecie być uwodzeni, więc wami pomiata, chcecie być okłamywani, więc kłamie i gra ustawiczną komedię, w którą może w końcu już sama uwierzyła...

Wierzbic zatrzymał się w środku alei i patrzył na Turskiego, aż wreszcie parsknął głośnym śmiechem.

— A gdzież to pana w Azji tak nauczyli deklamować?

Turski zmieszał się cokolwiek.

— Ja nie deklamuję. Mówię, co myślę.

— Nieprawda. Co najwyżej to, co pan chcesz myśleć. Ale i to nieprawda. A przy tym niech się pan stara nie być śmiesznym. Komu jak komu, ale panu mówić takich rzeczy nie przystoi.