— Więc niech pan przeczy. Mnie to nie szkodzi. Ona sama nigdy się z tym nie taiła. Przed panem był Rogocki, nie licząc męża i może jeszcze kogo, o kim nie wiadomo. Po panu ja, po mnie Golimski, po Golimskim ten bałwan Rohityn...

Turski zmarszczył się z rzeczywistą niechęcią.

— Do czego ta litania zmierza?

— Zaraz pan zobaczy. Rzeczywiście litania, nawet porządek taki sam zachowany. Zaczyna się od najwyższych świętych, a potem i o tych drobnych na wszelki wypadek się wspomina. Książę był bądź co bądź wielki pan, arystokrata z krwi i kości. Rogocki miał sławę najbardziej wziętego adwokata w całym kraju, człowiek dużej wiedzy, inteligencji i wartości towarzyskiej — niegdyś! Pan, no, pan sam najlepiej wie, czym pan był. Ja jestem artysta. Golimski był przynajmniej człowiekiem z towarzystwa, a ten Rohityn — już w ogóle nie wiadomo, kto jest. Któż przyjdzie jutro?

— Panie drogi, pan jest zdenerwowany. Może byśmy naprawdę tę rozmowę przerwali.

— Nie można, panie, nie można. Właśnie w najciekawszym miejscu jestem, a pan jest jedyny, z którym da się o tym mówić.

— Nie sądzę...

Wierzbic nie zważał.

— I patrz pan, co się dzieje! Książę się z nią rozwiódł, bo tak chciała, i chodzi teraz... Był już zapewne i u pana? Ha, ha, ha! To jest doskonałe! Z Rogockiego — ruina! Pan — uciekł niby i wrócił. Ja... no, co to mówić; pan widzi. Nawet taki Golimski potrafił zgłupieć jeszcze bardziej.

— Ślicznie, ale co z tego?