W hotelu w Krakowie długo nie mógł zasnąć. Zwidywały mu się ciągle usta księżnej Heleny i drażniło go to zwidzenie, bo wiedział, że jest beznadziejne.
Zmorzył go wreszcie sen nagły i ciężki.
Po pewnym czasie we śnie zdało mu się, że ktoś drzwi otwiera.
— Musi być rano — pomyślał na wpół przytomny — zapomniałem drzwi zamknąć; służący przychodzi po ubranie...
Nie otwierał oczu, aby się nie rozbudzić przedwcześnie; pora była jesienna, do dnia pewno jeszcze daleko. Usiłował nie słyszeć szelestu poruszającej się w pokoju po ciemku osoby.
Naraz uczuł miękkie, ciepłe, nagie ramiona, które obejmowały go za szyję. Obezwładniająca woń ciała...
— Hela!
Straszliwy obłąkany pocałunek zamknął mu usta.
— Ja nie jestem Hela, nie jestem księżna, nie mam imienia, jestem twym snem tylko, rozkoszą, która spada niespodziewanie, szczęściem ja jestem, co przyszło do ciebie na przelotną chwilę i jutro przepadnie!...
Kiedy rankiem, o godzinie, gdy pierwszy pociąg odchodził, pozostał sam w pokoju, pełnym jeszcze przedziwnej woni jej ciała, włosów i sukni, nie mógł się opamiętać, czy to jawa była rzeczywiście, czy też tylko jakiś niepojęty sen.