Bolała go po prostu pustka tego pokoju i brutalne światło dnia, przez okno się wdzierające. Przymykał oczy, aby przywołać znowu w zwidzeniu tę noc szaleństwa, obłędu i rozkoszy, ponad ludzkie nazwanie straszliwej, noc nieprzytomną i tym do snu podobniejszą, że ona nie pozwalała mu światła zapalać.
— Wszakże znajdziesz usta moje i po ciemku. Nie czujesz jak pachną?
Nagły dreszcz nim zatrząsł i przejmującym mrozem przeszedł po kościach.
...Gdy zegar wydzwonił godzinę czwartą, kazała mu wyjść z pokoju. Powróciwszy po kilkunastu minutach, na jej znak, zastał ją już ubraną. Światło elektryczne płonęło teraz. Stanął w progu, wstydząc się naraz swego negliżu, płaszcza pośpiesznie narzuconego na bieliznę.
— Bądź zdrów...
Zaledwie dosłyszał jej słowa, stłumione gęstym, kilkakroć koło twarzy owiniętym woalem, przez który nawet rysów nie można było rozpoznać.
— Hela...
— Bądź zdrów. Pociąg za chwilę odchodzi. Muszę dzisiaj być w domu.
— Ust. Raz jeszcze ust mi daj!
Zawstydził się sam swego głosu, takie w nim było psie niemal błaganie.