Poleski zwrócił głowę w inną stronę kawiarni, gdzie siedziało przy szampanie towarzystwo wielce krzykliwe. Wśród kilku młodych ludzi poznał Rohityna z zupełnie nieprzytomną, zaczerwienioną winem twarzą i Golimskiego, który zwykle małomówny, w miarę jak się upijał, mówił coraz więcej i głośniej. Tłumaczył on teraz i przedkładał Rohitynowi jakąś historię, w której — jak się Poleskiemu zdawało — powtarzało się imię księżnej Heleny. Gruby brunet ze śmiesznie blisko osadzonymi oczami uśmiechał się głupkowato i co chwilę wyciągał niedźwiedzią łapę po kieliszek i rozgniatał go w dłoni, po czym podnosząc z triumfem zakrwawione odłamkami szkła palce, wołał z dumą:

— Kelner! Świeżą szklankę!

Na towarzystwo to zwrócił już uwagę i Turski. Wyraz obrzydzenia przebiegł mu po twarzy.

— Pójdźmy stąd — rzekł, dotykając ramienia lekarza.

Ale Poleski potrząsł głową przecząco.

— Czekaj. Jeszcze małą chwilę...

Golimski — pijany — powstał ze szklanką w ręku snadź z zamiarem wzniesienia jakiegoś toastu. Ktoś przezorny i chytry schował szklankę Rohityna pod krzesło, aby jej znowu nie rozgniótł. Inni szklanek swoich pilnowali.

— Panowie! — zaczął Golimski — otóż na dowód, że między mną a szczęśliwym Rohitynem, moim spadkobiercą i dziedzicem mojej byłej damy serca, panuje jak najlepsza zgoda, piję zdrowie jego oraz księżnej...

Nie zdążył dokończyć. Poleski bowiem, powstawszy przy pierwszych słowach, podszedł ku niemu i wspinając się na palce, uderzył go długą ręką lege artis70 w twarz, tak że szklanka, którą trzymał przy ustach, aż w drugi kąt sali poleciała. Po czym odwrócił się powoli i obcierając chusteczką dłoń, zmoczoną rozlanym szampanem, wrócił do stolika swoich towarzyszy.

VI