Pojedynek Poleskiego z Golimskim zakończył się tak, jak to było do przewidzenia: pokrajanego w różnych kierunkach jak najdokładniej sportowca zaniesiono do szpitala na kilkutygodniową kurację.
Z małej strzelnicy za miastem, gdzie o świcie spotkanie się odbyło, wracał Poleski piechotą do domu. Czuł potrzebę ruchu na świeżym powietrzu, aby oprzytomnieć nieco i ochłonąć. O samym pojedynku myślał jak najmniej, ale w ogóle od kilku dni był z siebie niezadowolony i to każdego dnia coraz bardziej. Przełamało się w nim i skrzywiło do reszty wszystko, co już i tak było połamane i krzywe. Miał ciągle uczucie popełnianych niedorzeczności, zarówno w myśli, jak w czynie. Za co właściwie nienawidzi Turskiego, który mu był zawsze przyjacielem? Dlaczego, będąc u chorego chłopca w domu księżnej, zachował się brutalnie, śmiesznie i po chamsku? Co go właściwie obchodzi księżna? Czemu wtrącił się w nie swoje sprawy, uderzając Golimskiego i co mu właściwie na tym zależało, aby go dziś tak paskudnie pokiereszować? Dlaczego wreszcie trzyma dotąd u siebie tę głupią szkatułkę i boi się przypomnienia o niej, miast ją oddać Turskiemu, i przez jaką wyrafinowaną złość Turski o nią się nie upomina?
Była to tylko część tych pytań, na które nie mógł znaleźć żadnej rozumnej odpowiedzi. Wreszcie wątpliwości wszystkie zaczęły się stapiać w jedną, wszechogarniającą, której zużyty tragizm już od dawna w patetyczny komizm przeszedł: to be or not to be...71
Zaśmiał się głośno i przyspieszył kroku na polnej, pachnącej ścieżce wśród falujących zbóż. Właściwie powinien był dawno, dziesięć, dwadzieścia lat temu, kiedy tylko przyszedł do zupełnego używania rozumu, pojąć, że dla niego nie ma tu nawet pytania, że cała jego inteligencja i siła ducha nie ostoi się wobec gryzącej tęsknoty ku życiu, której ukoić nie może dzięki temu podwójnemu garbowi, śpiczastej głowie i krzywym, krótkim nogom...
Zamajaczyła mu na chwilę przed oczyma boska postać Hegesiasa, zwanego Peisithanatosem72, który tak kochał życie, że aż do śmierci uwodził...
„Jeśli jesteście piękni, umierajcie rychło, aby się piękno wasze nie zepsuło! Jeśli zaś szpetni jesteście, umierajcie tym rychlej, aby nie kalać sobą życia, które jest piękne!”
Przystanął i począł się rozglądać dokoła. W porannym słońcu, ponad rośne, nieźrałe jeszcze kłosy pszenicznego łanu wstawało przed nim ze szarosrebrnych mgieł nadwiślańskich miasto — jedno z najpiękniejszych na świecie, kiedy się ukazuje na szerokiej, w dali niebieskimi wzgórzami od błękitu odgraniczonej równinie w niezrównanej, biegiem wieków i stuleci wykrojonej sylwecie, pełnej wież, kopuł, dachów srebrzystych, tam ku szeroko rozsiadłemu wawelskiemu grodziszczu się wznoszących. Ptaki krzyczały w powietrzu, na niebie i w pobliskich zaroślach ogromnym, radosnym, ogłuszającym chórem — na drodze białej, ku której ścieżka jego biegła równolegle, widać było długą, barwną procesję wieśniaków, ciągnących z nabiałem, z jarzyną, z kwiatami na ranny targ do miasta. Drzewa po wiejskich sadach już okwitały, gdzieniegdzie tylko stała jeszcze jabłoń spóźniona, mocno spłonionym kwiatem pokryta, który za najlżejszym wiatru podmuchem białoróżowymi chmurkami opadał ku ziemi. Słońce wychodziło z przyziemnych oparów coraz wyżej, nabierało promienistości i mocy: gorący, kwiatami i chlebem wonny oddech dnia z ponad łanów już dolatywał.
Poleski uczuł się nagle jakąś obrzydliwą, zupełnie głupią i niepotrzebną plamą na tym jasnym krajobrazie. Miał wrażenie, że powinien się roztopić w nic, wsiąknąć w ziemię, być wywabionym, wyżartym słonecznymi promieniami z powierzchni świata. Dreszcz przejmującego chłodu ogarnął go w ciepły, letni poranek — na jeden moment wszystko mu w oczach poczerniało...
W pobliżu rogatki wziął zabłąkaną na odległej ulicy dorożkę i kazał się wieźć prosto do domu.
Służący, który się był domyślił, czy dowiedział73 skądś o celu jego rannej wyprawy, oczekiwał go z niepokojem. Rzucił on na wchodzącego naiwnie badawcze spojrzenie, jakby się chcąc upewnić, czy doktorowi nie brakuje ręki, nogi lub kawałka głowy, a spostrzegłszy, że wszystko jest w porządku, oznajmił z pewną dumą, że śniadanie czeka gotowe.