Na progu gabinetu zatrzymał Poleskiego jeszcze jego głos, nieco tajemniczy i zakłopotany:

— Ale proszę pana doktora...

— Co takiego?

— Bo tutaj przyszła... panna Rózia i czeka.

— Skąd? Po co?

— Ktoś jej powiedział, może stróż, a może nawet ja sam przypadkiem, że pan doktor dzisiaj... To jest że może...

Poleski rzucił służącemu złe spojrzenie i poszedł wprost do swego pokoju.

Zaraz na progu objęły go gwałtownie dwa młode, o nic niedbające ramiona.

— Tadzik!

Drgnął. Mimo wyraźnych jego życzeń nie mówiła mu dotąd nigdy po imieniu, lecz zawsze: panie doktorze.