Nie słuchała już tego, co mówił. Do fotelu, na którym był usiadł, przysunęła mały stolik i postawiła na nim tacę ze śniadaniem. Kawa już trochę wystygła, więc zapaliła spirytus pod maszynką i zabrała się do smarowania bułek masłem. Przy tym szczebiotała swoim zwyczajem bardzo przyjemnie i głupio.

Poleski nie oponował, nie opierał się już więcej. Po długim napięciu nerwowym nastąpiło u niego rozprężenie zupełne. W głowie czuł dziwną ciszę, która jak coś niezmiernie słodkiego schodziła mu powoli na serce, po wszystkich członkach się rozlewała... Wodził oczyma za dziewczyną, bojąc się po prostu ruszyć, aby jej przypadkiem nie spłoszyć. Zaczęło się w nim budzić to dziwne uczucie radości, której doznają ciężko chorzy w chwilach ulgi — i jakaś nierozumna, śmieszna prawie nadzieja...

Rózia wzięła teraz poduszkę z klęcznika i położywszy ją obok fotelu, usiadła u jego nóg.

— Tadzik, czy to prawda — zaczęła tajemniczo — żeś tu dzisiaj bił?74

Skinął głową w zamyśleniu, gryząc bułkę, którą ona masłem posmarowała.

— Jezus Maria! Ja się tak bałam...

— Bałaś się?

— Bardzo. I jak to było?

Opowiadał jej z roztargnieniem, myśląc o tym, że jest dobra, ma oczy niebieskie i bardzo, bardzo miłe młode usta.

Patrzyła mu w twarz rozszerzonymi źrenicami, a gdy skończył krótką opowieść, zerwała się na równe nogi i zaklaskała w ręce.