— O, mój doktor zuch, chociaż... niewielki! Z takim to byle komu niedobrze zaczynać.

Brzmiał w jej słowach szczery podziw i zachwyt pełen szacunku, a nawet coś jak gdyby duma.

— Z pana doktora chłop nie lada!

Patrzył na nią miękko z jakimś zabłąkanym na ustach dobrotliwym i melancholijnym uśmiechem. Naraz zagadnął:

— Róziu...

Przypadła do niego jak ptak oswojony.

— Słuchaj, Róziu... Chciałabyś ty być zawsze ze mną?

— O! Dlaczegóż nie?

Zawahał się na jeden moment.

— Więc... ja się z tobą ożenię. Powiedz, chcesz być moją żoną?