— Żoną? Pańską żoną?

Wpatrzony w nią, swoją nagłą myślą ogłuszony, nie zauważył nuty przerażenia w tych słowach.

— Tak jest, moją żoną. Ja spróbuję być dobrym dla ciebie... Majętny nie jestem, ale zarabiam dość dużo... Będziemy zawsze razem...

— Nie, nie, nie! Panie doktorze, to jest całkiem niemożliwe!

Ocknął się, jakby nagle ze snu zbudzony.

— Dlaczego?

— Nie, panie doktorze! Ja pana bardzo, bardzo kocham, ale...

— Co?

— Proszę pana, pan sam kiedyś powiedział, że trzeba być bardzo głupią, aby tak, jak ja... Ale co mi tam! Ja już widocznie taka głupia jestem, że pana kocham i przychodzę tutaj. Ale o tym nikt nie wie. Gdybym ja była pana żoną, musiałabym chodzić z panem po ulicy, do teatru, może na wizytę, i wtenczas... ludzie by się ze mnie śmieli... wszystkie moje koleżanki.

Poleski nawet nie drgnął. Czuł tylko, że ktoś pomaleńku, pomaleńku przeciąga przez jego serce bardzo ostrą cieniuchną piłeczką... „Taką, jakiej się używa do wyrzynanek” — pomyślał całkiem spokojnie i jasno. A potem jakby go kto uderzył w głowę raz i drugi, i trzeci, i dziesiąty. Zaśmiało się w nim coś, zaryczało diabelskim chichotem.