„Kaleko! Garbusie! Krzywonogi, długoręki niedorodku! Potworo o śpiczastej czaszce i szerokiej gębie! Czegóż się to tobie zachciewa?!”
Zwinął się w fotelu w kłębek.
Rózia zmieszana i smutna usiadła w drugim końcu pokoju.
— Czy ja coś bardzo złego powiedziałam? — zaczęła po chwili.
— Nie, dziecko. Nic złego nie powiedziałaś. Ale idź już stąd.
Mówił tak miękko, że aż się przeraziła. Do tego tonu nie była zgoła przyzwyczajona.
— Pan chory? Co panu znowu jest?
— Nic, nic. Trochę jestem niezdrów. Idź już, proszę cię. Jeśliby było potrzeba, poślę po ciebie.
Miał ochotę powiedzieć jej jeszcze na pożegnanie coś złośliwego, ale po prostu nic mu na myśl nie przychodziło. Schylił więc tylko głowę i słuchał, jak odchodzi, jak zamyka za sobą jedne drzwi, drugie, trzecie, jak po schodach na dół zstępuje.
Zadzwonił na służącego i powiedział mu, aby tej dziewczyny więcej nie wpuszczał. Potem zrobiło mu się lżej. Chodząc po pokoju zaczął się uśmiechać do siebie i tłumaczyć sobie, że zrobił właściwie bardzo rozumnie, iż przemógł przystęp śmiesznej słabości i pozbył się Rózi raz na zawsze. Zapomniał lub raczej nie chciał pamiętać o tym, że to właściwie ona jego odrzuciła.