Ona nie myśli widocznie o tym, że jest garbaty i krzywy, lecz widzi w nim tylko człowieka, który jej dziecko uratował i stanął w obronie jej czci... Och! Nie wiedziała jeszcze pewno w chwili, gdy pisała tę kartę, jak ciął przez impertynencką, gładką gębę Golimskiego, jak mu z rozkoszą końcem szabli piękną, nagą, męską pierś rozorał, jak go parł, on — kaleka — tego silnego, cudnie wyrosłego młodzieńca i zmuszał do cofania się krok za krokiem, krok za krokiem, aż wreszcie owym, przez siebie wymyślonym nieznacznym cięciem obezwładnił mu atletyczne ramię, tak że mu szabla z brzękiem na wysypaną piaskiem podłogę z dłoni wypadła!
Poleski uczuł się naraz bohaterem — jakiś rycerski, zawadiacki duch się w nim obudził — był zdolny w tej chwili wyzywać wszystkich znajomych i nieznajomych po kolei, siec, rąbać, kaleczyć... Mścić się szyderczo na nich za to, że są prości i piękni — i pokazać jej, że on nawet fizycznie jest pod pewnym względem więcej wart od nich.
Nie wiedząc nawet, co robi, przypadł nagle ramionami do żelaznej szkatułki i czoło rozognione wsparł na jej chłodnej, tajemniczo zamkniętej pokrywie. Nie pamiętał w tej chwili, że są tam listy do kogo innego pisane i słowa cudne, gorące, których on nigdy nie posłyszy: wdychał przez stal spragnioną, chorą piersią zapach miłości, życia, szczęścia, rozkoszy...
— Pan Roman Turski — rzekł służący, otwierając drzwi pokoju.
Poleski zerwał się i pobladł. To, co miało przyjść, przychodziło. Ochłonął nagle, jakby ktoś wylał na niego wiadro zimnej wody; miał owszem wrażenie, że jako lekarz zabiera się do jakiejś nieuchronnej a ciężkiej operacji, przy której mu potrzebna zupełna przytomność umysłu.
— Proś — rzekł krótko.
Zaledwie miał czas schować bilet i przysłany mu rankiem kwiat.
Turski wszedł swobodnie i wyciągnął doń milcząco rękę z serdecznym uściskiem.
Usiedli i rozpoczęli rozmowę o rzeczach obojętnych, które ich zgoła nie obchodziły. Poleski trzymał się w rezerwie i czekał, kiedy Turski zażąda szkatułki... Turski jednak nie spojrzał w stronę, gdzie się znajdowała, choć była na tym samym miejscu, na którym ją niegdyś przed dziesięciu laty, oddając przyjacielowi, własną ręką położył.
Nagle w pewnej chwili Turski, przerywając nudną rozmowę, zwrócił się żywo do Poleskiego: