— Doskonale! Pysznie! — przyświadczała Bergerowa, klaszcząc z zapałem w małe, pulchne rączki.
— A no, chyba że tak — i z ciężkim westchnieniem ruszył naprzód, objuczony całą wiązką drzewa.
Butrym stał na przełęczy i patrzał ku południowi. Jak okiem zasięgnąć, faliste morze białych, skłaniającym się już słońcem pozłoconych szczytów. Ponad śnieżnym pasmem, dzielącym Dolinę Cichą90 od Koprowej91, sterczał wysoko graniczny słup Tatr, Krywań92, sędziwy i pochylony, i skrząc czołem od słońca, rzucał poza siebie dalekie, granatowe cienie, pod których osłoną w żlebach głębokich mroźna noc się już czaiła. Po straszliwej, poszarpanej grani Hrubego93 słońce też jeszcze wierzchem chodziło, zamieniając ją z wolna na potworną, olbrzymią, stalową piłę, o zębach ku niebu sterczących, jakąś świetlistą posoką skrwawionych. Na dnie Doliny Cichej ścinał się już w mrozie i tężał cień coraz gęstszy, z lasów osędziałych, ze spaszt, ze żlebów głęboko rytych, coraz obficiej wyciekający.
Butrym, stojąc w słońcu, odkrył głowę i pełną piersią wciągał rzeźwe, spokojnie zimowe powietrze gór. Zagubił w tej chwili poczucie swoich lat i swojego stanowiska w świecie, który w dole za sobą zostawił. Lekko mu było i szeroko, miał w mięśniach czucie pędu, któremu każdej chwili może się poddać, mknąc z zawrotną szybkością po tym olbrzymim, białym stoku, ponad zawianymi śniegiem przepaściami jak duch, zaledwie ślad poza sobą na marznącym już śniegu pozostawiając. Cieszył się tym uczuciem i upajał, i z wyrafinowaniem odwlekał chwilę, gdy tu pod przełęczą łuk zatoczywszy ruszy w dół wiatru, rozcinanego piersią, świst koło uszu posłyszy...
Aż wreszcie, gdy stał tak nieruchomie, przed wieczorem przejmujące zimno przypomniało mu, że czas wracać jednak. Miał właśnie ruszyć, kiedy, raz jeszcze wokół na pożegnanie się rozglądając, dostrzegł dwie postacie w śmiałych łukach od Kasprowego Wierchu zjeżdżające. Narciarze snać z dalszej, może wielodniowej wracali wycieczki, gdyż wory mieli ciężkie na sobie i w ręku, miast lekkich kijów, czekany na długich osadzone toporzyskach. Jadący naprzód młody, smukły chłopak dźwigał oprócz tego zwój lin, przewieszony przez ramię, towarzysz jego, silny, przypadzisty i krępy, wyglądał z dala, jak gdyby pod worem w jakiś obcisły, czerwony sweter był ubrany, dopiero gdy się nieco zbliżyli, zauważył Butrym, że jest nagi do pasa i czerwieni się własną skórą, spaloną od słońca, wiatrem i mrozem wysmaganą.
I oni dostrzegli profesora, i podjechali na przełęcz ku niemu. Butrym poznał w jadącym na przedzie niejakiego Borzyckiego, ucznia swego niegdyś z uniwersytetu. Za nim zdążał przyjaciel jego i towarzysz stały górskich wycieczek, Makuch, który — gdy tylko się zatrzymali — ze zrzuconego na śnieg wora wydostał koszulę i grubą wełnianą bluzę i raźno się począł przed mrozem odziewać. Dotychczas nie czuł go w żywym ruchu.
Profesor tymczasem witał się z Borzyckim.
— Tak pana niespodziewanie spotykam! Słyszałem, że pan w przeszłym roku wyjechał za granicę i tam już miał studia zakończyć...
Borzycki zmieszał się i skraśniał jak panienka.