I teraz, nie wołając służącego, zabrał się sam do zapalenia światła, a gdy zobaczył, że przewód elektryczny jest zepsuty, pomruczawszy jeszcze trochę, potoczył się ku konsoli, na której stały stare, ciężkie, brązowe kandelabry około grającego kuranty zegara z osiemnastego wieku i zaczął je zaświecać.
— Daj pokój — mówił Butrym — wpadłem na krótką chwilkę tylko i to właściwie bez określonego celu.
— Niechże cię Pan Bóg broni, abyś do mnie z określonym celem przychodził, zwłaszcza w godzinach, kiedy się cyrulictwem param — zaśmiał się doktór.
— Na to się nie zanosi, jestem zdrów po prostu uporczywie i nieprzyzwoicie jak na dzisiejsze czasy!
Krasołucki siedział już przy nim na mahoniowym krzesełku, trzeszczącym pod jego ciężarem.
— Napijesz się ze mną herbaty? Co? To moja godzina. Mój władca, bo ja teraz tak mego służącego tytułuję, powinien ją przynieść za chwilę. O, idzie nareszcie. Drugą filiżankę podaj.
Służący zamruczał coś niechętnie i wyszedł z pokoju.
— Czemuż ty tak milczysz? — pytał Krasołucki Butryma. — Może ci jednak naprawdę co brakuje?
Badawczym i życzliwym wzrokiem jął patrzeć na profesora.
— To nic, ale... rozstałem się ostatecznie z Firdussim i to mnie tak jakoś poruszyło...