— Tak lepiej. Niech mi pan daruje, żem panu na pewien czas zamącił pracę. Mówię to zupełnie szczerze.
Wyciągnął rękę do Butryma.
Profesorowi przebiegło błyskawicą przez myśl, że dziwnym przypadkiem po raz pierwszy ma podać dłoń temu człowiekowi, choć przez kilka tygodni prawie codziennie z nim się spotykał i długie nieraz przepędzał godziny. Z mimowolnym lękiem ujął wyciągniętą rękę.
Chłód go przeszedł przykry, gdy dotknął długich, gładkich palców, obciągniętych skórą jak gdyby martwą i niewrażliwą. Bał się spojrzeć w oczy cudzoziemca.
Gdy za chwilę znalazł się na ulicy, nie mógł sobie absolutnie zdać sprawy z tego, w jaki sposób i kiedy wyszedł z pokoju. Miał tylko niejasne uczucie, że między podaniem ręki a wyjściem jego upłynął jakiś przeciąg czasu i że „człowiek z gwiazd” powiedział mu w tym czasie rzecz niezmiernie ważną i doniosłą, która całą istotą jego wstrząsnęła. A jednak mimo najusilniejszej pracy nie mógł w pamięci odszukać ani śladu tego, co to mogło być i do czego się bodaj odnosiło? Zawahał się na chwilę, jakby chciał zawrócić na górę i prosić dziwnego Persa o powtórzenie mu tej zapomnianej tak nagle tajemnicy, ale zdjął go naprzód lęk, że będzie musiał raz jeszcze spojrzeć na niego, a potem zaczął sobie tłumaczyć, że ostatecznie to wszystko może być tylko złudzeniem i naraziłby się na śmieszność, wracając.
Zaczął więc iść powoli w stronę swojej pracowni uniwersyteckiej. Gdy jednak mijał dom, w którym mieszkał doktór Krasołucki, mimo woli zatrzymał się i pomyślał, że właściwie wcale nie jest w tej chwili usposobiony do pracy i dobrze będzie pogadać raczej z przyjacielem.
Wszedł na schody i zadzwonił. Służący wpuścił go do poczekalni, w której siedziały jakieś dwie starsze panie, doktór nie skończył był jeszcze ordynować, choć minęła już godzina, o której powinien był być wolny. Butrym wziął w rękę jakieś stare czasopismo ilustrowane i przeglądał je bez zajęcia. Na myśl powracało mu ustawicznie rozstanie się z Firdussim i męczył się, usiłując sobie przypomnieć te zagubione ostatnie słowa. Próbował dojść do nich rozmaitymi drogami, szukał w pamięci okoliczności, jakie im mogły towarzyszyć, kombinował sztucznie, do czego by się odnosiły, usiłował odtworzyć sobie głos mówiącego doń Persa, to znów swoje wrażenie — i wszystko na próżno. Miał uczucie, że z życia jego wycięto jakieś kilka czy kilkanaście minut i to z tą świadomością, że były one dlań ważniejsze niż może całe lata... To jedno tylko nie pamiętał100, lecz raczej odczuwał, że treść słów zapomnianych odnosiła się wprost do jego osobistego życia. I na tym koniec. Dalej ani kroku postąpić nie zdołał.
Nie zauważył nawet, jak poczekalnia się opróżniła. Mrok już padał, kiedy wreszcie Krasołucki stanął na progu.
— O, cóż ty tak siedzisz po ciemku! — zawołał. — Mówię temu bałwanowi służącemu, żeby lampy zapalał, ale gdzie jemu co w głowie! To jest straszne po prostu, że ja połowę czasu poświęcać muszę na walkę z tym bydlęciem, który nie może zrozumieć takiej prostej rzeczy, że cały świat został na to stworzony, aby mnie było na nim wygodnie i on się do tego stosować powinien!
Był to zwykły i ulubiony zwrot doktora, któremu jednak kłam zadawało całe jego życie, gdyż sam częściej postępował tak, aby innym było raczej wygodnie, a nie jemu samemu.