— Tak.

— I ogłaszać?

— Nie. Zamierzam przede wszystkim pracować wewnętrznie i przyjść z samym sobą do porządku.

— Więc pan wzgardził tym, co wiedza świata daćby panu mogła? — rzekł Butrym z mimowolnym odcieniem urazy w głosie, zapominając, że ta „wiedza” pierwsza w jego osobie odpycha jasnowidza.

— Odpowiem panu na to pytanie, gdy mi pan powie, z jakich powodów pan postanowił ze mną nadal nie pracować.

— Ach, Boże, to takie proste... Pan jest fenomenem, wyjątkiem, zagadką, czymś, co się nie da obliczyć, naprawdę takimi ilościami ogromnie trudno jest w nauce operować i nie narażać się na mimowolne zejście z prawowitej drogi...

— A widzi pan. To samo usłyszę od każdego uczonego, do którego bym się zwrócił. W paru tygodniach obcowania z panem nauczyłem się tej jednej rzeczy, że uczeni ze swego stanowiska najzupełniejszą mają słuszność tak do mnie się odnosić. Na fałszywej byłem drodze, gdyż chciałem, aby ktoś drugi pomógł mi zrozumieć samego siebie i na odwrót, gdy pragnąłem drugiemu człowiekowi oczy otwierać, zamiast patrzeć głęboko własnymi. Pokazuje się, że za mało jeszcze byłem samotny. Zgubię się na pewien czas na największej pustyni, jaka jest na świecie, to jest w którymś z ogromnych miast Europy, gdzie tak cudownie można być samotnym...

— Czy mi pan nie przyśle swego adresu?

— Po co? Za jakiś czas szukałby mnie pan ze szkodą dla siebie i dla mnie.

— Gdy mi pan zginie tak bez śladu, będzie mi się zdawało, że cały pobyt pański tutaj był snem tylko.