— Co ci jest? — spytał profesor zaniepokojony. Usunęła mu rękę, którą chciał ująć.

— Nic, nic. Wszystkiemu i zawsze wy winni jesteście.

Butrym patrzył za nią jak wychodziła; jakiś ciężar niepokojący kładł mu się na sercu.


Siedzieli obaj w gabinecie profesora. Turski podparł głowę na ręku i patrzył uporczywie na jakiś nóż kościany do rozcinania papieru, jakby ta rzecz w tej chwili całą uwagę jego pochłonęła. Butrym przyglądał się mu nieznacznie z boku.

Ta sama twarz smagła, wygolona, jakby z brązu odlana z lekko siwiejącymi na skroniach włosami, twarz spokojna i zastygła, z której niepodobna wyczytać, co się wewnątrz dzieje. Od paru godzin ten człowiek tu już bawił, załatwił szereg smutnych formalności, zdążył już zdać sobie ogólnikowo sprawę ze stanu interesów zmarłej, którymi zajął się w imieniu pozostałego chłopca, mówił o wszystkim z równym pokojem bez drgnienia ust ani powiek, i tylko Butrym zauważył, że chwilami występują mu na czoło duże, perliste krople potu... Ocierał je rychło i jakby z niechęcią, że walkę jego wewnętrzną zdradzają i pytał znowu albo wydawał rozporządzenia wedle potrzeby.

O sobie samym, o tym, co się w nim dzieje, nie odezwał się ani słowa.

Po kilkugodzinnym wirze zajęć, w który rzucił się natychmiast po przybyciu, teraz wieczorem dopiero usiadł, aby odpocząć.

Milczeli przez jakiś czas, aż Turski naraz wzniósł głowę.

— Panie Mieczysławie, co się dzieje... z Borzyckim?