— I ja tak myślę.
— Więc trzeba dążyć do tego. Syna zabiorę i wywiozę ze sobą...
— To będzie trudno107. Iwo musi mieć naturalnych opiekunów z rodziny matki lub zmarłego księcia Hazarapeliana, którym w tym względzie prawo wszelką władzą przyjmuje.
— Myślałem już o tym. Dziecko będę adoptował108 i to jak się tylko da najprędzej. Nie spodziewam się, abym napotkał w tym na jakieś poważne przeszkody109.
Zamilkł i zamyślił się znowu.
— Widzi pan — rzekł po chwili z melancholijnym, do skrzywienia bólu raczej podobnym uśmiechem — oto mój szczyt, o którym panu w liście pisałem. Gnębiło mnie już wtedy nieodparte przeczucie, że stanie się coś złego...
Butrymowi przyszło do głowy, że dla niego może właściwie lepiej, że się stało tak, jak jest, ale nie wypowiedział tej okrutnej myśli. Turski mówił dalej:
— Nie przypuszczałem jednak nigdy, żeby mógł być taki koniec. To jest po prostu coś potwornego...
Przerwał nagle i zwrócił na profesora pytające, niespokojne spojrzenie:
— Proszę pana, czy... czy pan nie wie, czy nie spotkano przy zmarłej albo na pogrzebie niejakiej pani Ireny, byłej przyjaciółki księżnej?