— Otóż przychodzę nareszcie do ciebie jako do lekarza, abyś mi poradził — mówił Butrym do Krasołuckiego, siląc się na swobodny ton.

— O! Cóż takiego?

Profesor zarumienił się.

— Rzecz jest właściwie trochę drażliwa...

— Czyżbyś sobie przypomniał... kawalerskie czasy wraz ze złymi skutkami? — zaśmiał się Krasołucki. — No, no, nie martw się. Będziemy jakoś radzić.

— O nic podobnego nie idzie.

Doktór spojrzał mu w twarz i spoważniał w jednej chwili.

— Czego ci brakuje? — spytał krótko.

— Mnie nic...

— Żonie...