— Przecież to ten dzień w Wenecji — zaczął szeptać błagalnie — ten dzień jasny, kiedy nam tak dobrze było ze sobą... kiedyś mnie kochała, Zośka!
— Nie myślałam wtenczas wcale o tobie.
— Jak to?
— To takie proste. Byłam nie wiadomo dlaczego w usposobieniu... romantycznym... ty przyjechałeś...
— A gdybym ja nie był przyjechał?
— Toby nic nie było. Wstręt mam do wszystkich mężczyzn. Do ciebie się już przyzwyczaiłam. Ale po cóż kłamać, żem myślała o tobie albo ciebie pragnęłam? Owszem, wyobrażałam sobie, zupełnie dziecinnie, że to jakaś bajka, że jakiś zaklęty królewicz... bo ja wiem zresztą co?
Zakryła naraz oczy rękoma.
— Ach! I z tego teraz taka ohyda! Taka ohyda...
Butrym siedział blady, na zagryzionej kurczowo wardze pojawiły mu się krople krwi...