Krasołucki skinął głową.
— Aha. Rozumiem. A ty, moje złoto, uważasz, że ten nowy obywatel wcale światu nie jest potrzebny i chcesz zatem... Ja wprawdzie nie zajmuję się takimi rzeczami, ale z przyjaźni mogę ci wyszukać jaką szuję, co nie siedzi dotąd w kryminale...
Butrym stał już i usiłował przerwać lekarzowi.
— Nie, nie, nie! Wcale nie o to chodzi! Raczej wprost przeciwnie!
— Jak to?
— Ja chcę właśnie, aby dziecko żyło!
— Bój się Boga! Więc po cóż do mnie przychodzisz? — wykrzyknął Krasołucki z zupełnie szczerym zdziwieniem.
Butrym zmieszał się i poczerwieniał znowu. W milczeniu przeszedł kilka razy po pokoju, a potem usiadł znów w fotelu i objął skronie rękoma, zakrywając równocześnie — niby mimo woli — oczy przed wzrokiem lekarza.
— To długa historia. Muszę ci wszystko opowiedzieć — rzekł po chwili.
I zaczął opowiadać. W miarę, jak mówił, Krasołucki, który siedział naprzeciw niego z dłońmi opartymi na rozstawionych kolanach, otwierał coraz szerzej oczy i usta. Bezmierne zdumienie malowało się w jego twarzy.