Ruszył ramionami.

— Ach, co mnie to obchodzi! — mówił w myśli do siebie. — Robię przecież tylko to, co zrobiłbym dla każdej kobiety, w podobnym wypadku potrzebującej pomocy. A że to przypadkowo jest Butrymowa...!

Mimo to doznawał jakiegoś śmiesznie łaskotliwego uczucia i maleńkiego triumfiku. Choć nie był złośliwy, uśmiechał się w duszy, jakby spłatał komuś doskonałego figla. Oto pan profesor Butrym, sławny uczony, może sobie chcieć lub nie chcieć, a on, doktór Alfons Podkiecki, tak sprawą pokieruje, że stanie się to, co chce pani profesorowa! Są na wszystko sposoby i bardzo przyjemnie jest zrobić to, czego sobie życzy kobieta...

Zmarszczył brwi i usunął się na bok. Aleją naprzeciw niego toczył się doktór Krasołucki. Pan Alfons jako człowiek nieskazitelny i pełen zasad, nie był rad spotkać się z tym sprośnym grubasem, który — wedle jego przekonania — był przez swój sposób życia „istną zakałą stanu lekarskiego”. Udał więc, że patrzy na wróble, kryjące się pod bezlistnymi gałęziami, szczęśliwie wybrnął z niebezpiecznego spotkania.

— Tak, tak, takie egzystencje wytwarza i utrzymuje tylko ustrój kapitalistyczny — mruknął i przyśpieszył kroku, przypomniawszy sobie, że w domu jest ciepło i zacisznie, i że go tam czeka młoda żona ze smaczną kolacją.


Profesor Butrym nerwowym krokiem krążył po swojej pracowni. Czuł dziwne, nienaturalne podniecenie, język wysychał mu wciąż jakby w gorączce. Podchodził co chwilę do małego stolika w kącie pokoju i wychylał szklankę wody. Intryga, którą uknuł, wydawała mu się niezmiernie chytrą i zręczną, był pewien, że go nie zawiedzie, a jednak nie mógł się oprzeć ogarniającemu go niepokojowi. Właściwie bez powodu... Po raz dziesiąty przechodził w myśli wszystkie szczegóły i widział po raz dziesiąty, że się wszystko musi udać. Jutro zaraz pójdzie z żoną do doktora Krasołuckiego. A potem... Potem w jakiś czas, gdy lekarz jej wytłumaczy rzekomą niemożebność tego, czego ona sobie życzy, będą zapewne łzy i gniewy, ale w końcu zgodzi się ze swym stanem.

Przystanął na środku pokoju.

— Zośka, Zośka — szeptał — ty nie wiesz nawet, jaki ja potrafię być dobry dla ciebie, aby tę twoją przykrość okupić! Choćbyś nie wiedzieć co mówiła, robiła ze mną nie wiedzieć co...

Przyciskał ręce do piersi i drżał w jakiejś wizji szczęścia, którego tak strasznie, tak rozpaczliwie pragnął. Chwytał się jak zbawienia tej nikłej nadziei, że teraz „będzie inaczej”.