— To źle. Powinien się zgodzić zupełnie.

— Czy to konieczne?

— Nieodzowne. Inaczej moglibyśmy mieć nieprzyjemności... licho wie co.

Wdówka zamyśliła się na chwilę.

— Ach, to już rzecz Zośki! — Wykrzyknęła wreszcie. — Niech sobie radzi z mężem jak chce.

— Niewątpliwie sobie poradzi — uśmiechnął się doktór.

Po czym wkrótce pożegnał się i wyszedł z kawiarni, kędy wraz z Bergerową siedzieli. Plucha na dworze była ohydna. Topniejący śnieg, nie dość raźno zgarniany, zalewał ulice grząskim, zimnem błotem, w powietrzu wisiała przenikliwa wilgoć, niezdecydowana jeszcze, czy się ma w deszcz czy w nowy śnieg zamienić. Doktór podniósł kołnierz od płaszcza, a spostrzegłszy, że w pobliżu nie ma dorożki zaklął z cicha, wsadził ręce wraz z laską do kieszeni i ruszył piechotą przez planty.

Jakieś dziwne i nieokreślone uczucie w nim kołowało. Zbudziło się w nim w chwili, gdy posłyszał nazwisko swojej nowej pacjentki. Profesora Butryma nie znał osobiście, ale widywał go często i nie wiadomo dlaczego — nie lubił. Wydawał mu się nieprzystępnym, ponurym i wyniosłym.

Uśmiechnął się mimo woli.

— Tam jednak... coś jest!