Butrym zamilknął zawstydzony.
— Ma pani słuszność — rzekł po chwili ze smutkiem. — Zupełnie niepotrzebnie do pani to mówię. Nie po to tutaj przyszedłem.
— Więc nareszcie po co? Może mi pan w końcu zechce powiedzieć.
— Pani Wando! To się stać nie może! — jęknął ze szczerą rozpaczą w głosie.
Bergerowa spojrzała na niego z przelotnym współczuciem.
— Pan naprawdę jakoś nazbyt gorąco tę rzecz bierze. Nigdy bym się nie była spodziewała... Ale w takim razie... nie rozumiem pana. Dlaczegóż pan tej biednej Zośce nie powie wprost, że pan korzysta ze swego, przez Kościół i państwo danego prawa i nie pozwala. Przecież lekarz bez pańskiej zgody nic nie zrobi.
Rozłożył ręce ruchem bezradnym.
— A otóż to! To tak trudno pani powiedzieć...
— Przyznam się panu, że miałam pana za bardziej stanowczego i odważniejszego!
— Niech mnie pani zrozumie. Mnie tutaj nie o dziecko tylko chodzi...