Skinął na przejeżdżającą dorożkę.

— Siadaj — rzekł krótko.

Jechali jakiś czas w milczeniu. Butrym po pierwszym, piorunującym oszołomieniu zaczął teraz myśleć spokojniej i jeno smutek ponad wszelkie powiedzenie ciężki i nieznośny przygniatał go coraz bardziej i dławił.

— Stało się. Źle się stało i ja jestem winien, myślał, choć nie umiał sobie jasno zdać sprawy, gdzie jego wina leży właściwie: czy w tym, że wbrew wszystkiemu z tak uporczywą nadzieją chciał życie nienarodzonej istoty uratować, czy że taką nieprostą drogę wybrał do tego, czy jeszcze może gdzie indziej?

Przyszło mu na myśl, że jeszcze i teraz mógłby istotnie zakazać — wszak miał prawo! — ale to już doprawdy nie miałoby żadnego celu. Cóż by mu przyszło z tego, gdyby teraz przebojem postawił na swoim? Czy warto? Przecież toby już było tylko znęcanie się nad tą kobietą, gdy wie, że jej odzyskać nie może w ten sposób.

Bezwład ogromny opadł go wraz ze smutkiem.

„Żebym ja widziała, jak ty będziesz zdychał w moich oczach” zadzwoniło mu w pamięci.

Westchnął głęboko i nerwowo.

— Biedna! Więc ona tak myśli? Tak czuje? Biedna...

Oczy znużone i palące go pod powiekami zwrócił na żonę, siedzącą cicho w kącie powozu.