Wydęła usta pogardliwie.
— Aby tylko mnie na złość, byle mnie na przekór! — myślała i utwierdzała się w przekonaniu nie tylko, że ma prawo to robić, co robi, lecz nadto, że robi dobrze i rozumnie, nie poddając się dzikim fantazjom męża.
— Gdy się opamięta, sam mi będzie wdzięczny, żem nie ustąpiła — zakonkludowała i podniosła się, gdyż właśnie lekarz uchylił drzwi, dając jej znak głową, że na nią teraz kolej.
Weszła do gabinetu i podała list doktora Podkieckiego. Lekarz, mało znany i nędzną praktykę mający internista, pochwycił skwapliwie w dłoń pismo od szczęśliwszego kolegi. Stała przed nim i patrzyła jak przebiegał papier oczyma, odruchowo rozczesując palcami lewej ręki długą, czarną brodę.
— Aha, aha — powtórzył kilkakrotnie i spojrzał na Butrymową. Zarumieniła się naraz i zmieszała w przykry sposób.
— Czy mnie pan zechce zbadać — spytała.
Ruszył ramionami, nie przestając dłubać nerwowo palcami w brodzie.
— Hm, proszę pani, cóż ja wybadam... Jeżeli kolega Podkiecki pisze, że to potrzebne, to mi wystarcza. Mam do niego zupełne zaufanie. Główna rzecz, aby załatwić stronę formalną, to jest wydać potrzebne orzeczenie. Proszę, niech pani siada.
Uczuła dla niego mimo woli głęboką wdzięczność, że jest tak delikatny i względny, zwłaszcza że obawiała się znowu przykrych i wstrętnych dla siebie oględzin. Zastanawiała się w duchu, jaką sumę ma mu ofiarować jako honorarium, aby to nie było za mało.
— Wszyscy są dla mnie dobrzy — myślała — z wyjątkiem męża mojego! — I tym głębszy żal ją przejmował.