Mary uśmiechnęła się blado.

— No, przecież na to mnie tu wzięła, abym ją później odprowadziła do domu.

— Jak to: wzięła panią?

— Naturalnie. Mnie samej nikt by nie zaprosił. A z tego, co zarabiam w budzie, nie mogłabym sobie kupić kolacji.

— Słyszałem, że szansonistki są dobrze płacone.

Zaśmiała się nagle z jakimś nienawistnym błyskiem w oku.

— A tak! Są dobrze płacone. Tylko nie ja. Tylko nie takie, jak ja.

Milczała przez chwilę, zajadając łakomie przyniesioną jej szynkę.

— Widzi pan — zaczęła potem, owładnięta snać nagłą potrzebą wywnętrzenia się — ja panu opowiem, jak to jest. Przecie ja wiem, że jestem nieładna i właściwie wcale nie umiem śpiewać. A co gorsza — i inni o tym wiedzą.

— Więc czemuż pani wstąpiła do Variete? — spytał nieoględnie.