— Takich jest chyba dosyć — wtrącił Butrym.

— O, nie, panie! Takich jest bardzo, bardzo niewiele! Niejedna woli prać bieliznę albo schody zamiatać, niż zgodzić się na taki los.

Oczy jej rozpłonęły, schwyciła go za rękę.

— Czy pan wie, co to jest? Taka szansonistka występuje na początku każdego przedstawienia albo bezpośrednio po pauzie, kiedy ludzie się schodzą i na sali jest jeszcze gwar. Nikt jej nie słucha, nikt nie uważa na nią, a jeśli kto zwróci uwagę, to po to tylko aby sykać, śmiać się i przedrzeźniać, docinać złośliwymi żartami. Ileż ja to razy słyszałam z krzeseł, ze sali: Idź krowy paść! Albo: A to małpa ohydna! I tym podobne wykrzyki. A ja się muszę uśmiechać i miny stroić przyjemne i śpiewać, śpiewać obrzydliwe, wyuzdane piosenki, kiedy łzy mi się cisną do oczu i i głos w gardle zamiera. A potem dostaje się te kilka groszy, za które wyżyć niepodobna. I trzeba prosić szczęśliwszej koleżanki: weź mnie, gdy ciebie na kolację zaproszą, abym miała wieczór co zjeść... A! To życie! Występowałam już w Warszawie, w Rzymie, w Wiedniu, w Bukareszcie, w Petersburgu i w tylu, w tylu innych miejscach, a wszędzie jest to samo!

W nagle zapadłej ciszy — gdyż upiór przy fortepianie zmęczony grać zaprzestał — słychać było zachrypły głos starego aktora:

„A gdy będzie słońce i pogoda, słońce i pogoda,

Pudziemy se, Zosiu, do twego ogroda...”

Krasołucki spod przymkniętych powiek patrzył wzrokiem ironicznym i złośliwym na smutne pobojowisko.


Świt już był ranny nad miastem. Na rogu ulicy Krasołucki przystanął i chwycił Butryma za ramię.