— A gdyby tak jeszcze gdzieś na filiżankę czarnej kawy?

— Wszystko pozamykane.

— Więc wiesz co? Chodź do mnie. Każę służącemu zrobić kawy albo herbaty. I tak już wnet czas będzie na śniadanie.

Nie czekając, co Butrym odpowie, ryknął w głąb ulicy:

— Fiakier!

Jakiś drzemiący na koźle dorożkarz zbudził się i począł szarpać lejcami znużoną szkapę. Znał już snać doktora, bo nie słuchając adresu, zawrócił od razu w stronę jego mieszkania. Butrym, zmęczony, dał się wieźć bez oporu.

Na odgłos dzwonka zaspany służący wybiegł do przedpokoju.

Lekarz kazał mu przygotować herbatę i przeprosiwszy gościa, poszedł naprzód do łazienki, aby „zmyć ze siebie alkohol”, jak zwykł był mawiać. Butrym znalazł się sam w dużym pokoju, będącym na poły salonem, a na poły biblioteką. Ogromne ciemne fotele pluszowe stały tu na puszystym dywanie, cały jeden kąt zajmował fortepian doskonały, koncertowy, kryty czarnym palisandrowym drzewem, na ścianach wisiały obrazy Malczewskiego15, Wyczółkowskiego16, Stanisławskiego17, Ruszczyca18, jakaś genialna karykatura Sichulskiego19, trochę akwafort, kilka szkiców i rysunków. Naprzeciw okna stały szafy z książkami, książki i nuty leżały zresztą wszędzie: na stołach i stolikach, na fortepianie, na krzesłach... Butrym począł je mechanicznie przeglądać. Przedziwna mieszanina: naukowe dzieła lekarskie, czasopisma najświeższe i nowe powieści angielskie, wydania klasyków literatury, dzieła filozoficzne i teozoficzne, a między niemi nierzadko jakaś pornograficzna książka francuska, bez daty i miejsca druku, albo album japońskich wyuzdanych rysunków... A wszystkie książki znać było, że były czytane i często, i gruntownie, zarówno naukowe poważne prace, jak na welinie20 odbite, potajemnie, sprzedawane tomiki francuskie.

Profesor pogrążył się w głębokim i miękkim fotelu. Zadumał się, nie umiejąc nawet określić, nad czym myśli właściwie. Wirował mu w pamięci wieczór z żoną na zabawie spędzony, rozmowa z nią w domu... dzwoniły mu w uszach dźwięki rozstrojonego pianina w gabinecie kawiarnianym, łopotały nieustanne, nużące uderzenia nóg tanecznicy i zgrzytał znów przykry bezbarwny głos skarżącej się szansonistki.

Nie zauważył nawet, jak gospodarz jego wtoczył się do pokoju. Wzniósł głowę dopiero na jego głos — Krasołucki wyglądał przedziwnie. Stał tak, jakby wyszedł z łazienki, w przykrótkiej nocnej koszuli ogromnym brzuchem od kolan odsądzonej, z gołymi włochatymi nogami w czerwonych, safianowych pantoflach.