A przy klawicymbale siedzi sam pan organista Thomasiuskirche i gra...
Zdawało się Butrymowi, że należy sam do grona tańczących. Kłania się, uśmiecha, podaje rękę, przechodzi. Przed nim dama jakaś, która uporczywie patrzy w inną stronę, nie chcąc spojrzeć na niego. Butrym ją zna. Profil delikatny, jakby rylcem w kości słoniowej rzeźbiony, wilgotne leciuchno rozchylone usta, złotem błyszczące włosy i oczy, z boku widziane oczy o przedziwnym kolorze morskiej wody, w której ponad zielenią wzgórz odbija się błękitne niebo...
Dłoń oto podaje swemu towarzyszowi, przechodzi lekko koło niego, bródkę subtelną naprzód wyciąga, aby nadać szyi linię doskonałą, uśmiecha się słodkimi, niewinnymi ustami...
Zwróciła głowę.
Błysnęła mu na moment twarz jej wprost widziana o brutalnie rozwiniętych szczękach, wąskich ustach okrągłym czole... Wzrok jej chłodny, roztargniony przesunął się po nim...
— Co ci jest? — zapytał Krasołucki od fortepianu, przerywając grę.
— Nic, nic...
— Zdawało mi się, żeś krzyknął.
— Zdawało ci się po prostu. Śpiący jestem.
— Nie warto już spać. Dzień — zauważył Krasołucki filozoficznie i położył znów palce na klawiszach.