Grał teraz sonatę Beethovena23. Fortepian przeczarował się pod jego dłońmi; grzmiał, huczał, dzwonkami bił, wołał głosem setki instrumentów. Wielkość nieogarnięta, niespożyta moc, głębokie, otchłanne, nadludzkie piękno biło ogromną falą z rozkołysanych, krzyczących strun...

Butrym szeroko rozwartymi oczyma patrzył na Krasołuckiego. Innym mu się w tej chwili wydał człowiekiem. Nie było w nim już nic śmiesznego: mimo że siedział tak na pluszowym taborecie w rozchełstanej pod grubą szyją nocnej koszuli, z obwisającym na kolana brzuchem i z cieniutkimi, gołymi nogami w czerwonych pantoflach, opartymi na lśniących pedałach fortepianu. Potężny łeb pochylił nieco, czoło miał namarszczone, wytrzeszczonymi oczyma patrzył przed siebie — kędyś w świat dźwięku, wieli kości i tajemnicy, który rękoma wyczarowywał.

Skończył grać i zwrócił się do Butryma:

— Czy się ty boisz śmierci?

Profesor przetarł czoło, jakby nagle zbudzony, choć senność w tej chwili daleka była od jego powiek.

— Nie wiem. Nie myślałem o tym. Zanadto wiek życia w sobie czuję — rzekł szczerze.

— A ja się boję. Boję się strasznie, bo nie wiem, co tam będzie.

Kazał sobie podać szlafrok i owinąwszy się szczelnie miękką flanelą, usiadł w fotelu.

— Widzisz — zaczął znów po chwili. — ja tylu już ludzi widziałem umierających. Mrą rozmaicie, ale boją się zawsze, o ile tli w nich jeszcze iskra przytomności. Starzy, młodzi, schorowani i zdrowi, co z wypadku jakiegoś śmierć ponoszą, wszystko jedno.

— Skąd ci to teraz przyszło na myśl?