Butrym wziął go pod ramię i szedł przez pewien czas, milcząc. Wreszcie zaczął mu opowiadać o przedziwnym spotkaniu w swojej pracowni.
Młody fizjolog spoważniał, słuchając opowiadania.
— Nie rozumiem tego wszystkiego — rzekł w końcu — ale to pewna, że jest tu coś więcej niż zwykła szarlataneria. Ale co?
— Właśnie tego jestem ciekaw — rzekł Butrym.
Szli w stronę Wisły, rozmawiając.
— Czy nie przeprawi się pan ze mną na Dębniki33? — zagadnął Śniegocki około mostu. — Tak mnie zajęło to, co pan mówi...
— Późno jest — odparł profesor, spoglądając na zegarek — a mnie czeka żona pewno z kolacją. Więc, choć się panu ode mnie już od dawna należy wizyta, niech pan raczej zawróci i pójdziemy ze mną. Zjemy, co będzie, a potem pogadamy. Mam dzisiaj wieczór wolny.
— Nie odmawiam. Poza przyjemnością, jaką mam z pańskiego towarzystwa, lubię pański dom, bo jest spokojny, cichy, jasny i znać, że jest dobrze ludziom, którzy w nim mieszkają. Jeślibym kiedy w życiu popełnił to, epidemicznie zresztą grasujące, szaleństwo i ożenił się, to chciałbym trafić tak jak pan i znaleźć kobietę do pańskiej żony podobną.
— No, no — zaśmiał się Butrym trochę wymuszenie — dajże pan pokój, bo będę zazdrosny!
— Musiałby pan w takim razie o cały świat być zazdrosnym, bo wszyscy wielbią panią Zośkę — w najgłębszym zresztą i najszczerszym szacunku.