— Jestem człowiekiem z gwiazd32 — rzekł Pers, uśmiechając się melancholijnie.


Wychodząc przed wieczorem z pracowni, Butrym nie umiał sobie jasno zdać sprawy, czy spotkanie z Firdussim było rzeczywistością, czy snem jakimś niepojętym. Zwłaszcza że pamiętając najdrobniejsze szczegóły długiej z nim rozmowy, nie mógł sobie absolutnie przypomnieć tego prostego faktu, kiedy i jak wyszedł ten przedziwny gość od niego?

Drażniło go to wszystko w najwyższym stopniu i wreszcie zaczął przypuszczać, że miał do czynienia z szarlatanem, który mu jakąś sztuką hipnotyczną zaćmił mózg. Zły był na siebie z powodu okazanej — jak myślał teraz — łatwowierności i obiecywał sobie Firdussiego przy najbliższej sposobności zdemaskować, albo — co najlepiej — wcale więcej z nim nie mówić. Z drugiej strony jednak nawet wbrew woli przyznać musiał, że to, co dziś usłyszał od tego człowieka, było nadzwyczajne i po prostu niepojęte. Naprzód to wykrycie błędu w jego obliczeniach, dokonane niejako palcami tylko, a potem te rewelacje niesłychane, dotyczące słońc i gwiazd, i światów, tajemnice zawrotne, wypowiadane głosem spokojnym, lękliwym, jak gdyby sennym, tajemnice, których sam mówiący dobrze nie rozumiał i był jakby onieśmielony tym, że je wypowiada...

Rozmyślając tak, doszedł do uniwersytetu i chciał go właśnie minąć, zdążając ku domowi, gdy naraz zabrzmiał za nim głos:

— Dobry wieczór panu, panie Mieczysławie!

Odwrócił się i dostrzegł Śniegockiego, który właśnie z gmachu uniwersyteckiego wychodził.

Wyciągnął radośnie rękę ku niemu.

— Sam los mi pana zsyła!

— O! Cóż takiego?