Firdussi znowu nie odpowiadał. Siedział na krześle nieruchomo wyprostowany i patrzył przed siebie oczyma, zdającymi się nic nie widzieć, albo raczej wszystko naraz. Butrym teraz dopiero, przezwyciężając początkowe zmieszanie, przyjrzał mu się dokładniej. Zauważył, że źrenice jego tak są rozszerzone, iż tęczówek prawie nie widać. Nadawało to oczom, zwłaszcza przy ich nieruchomości, pozór jakichś ślepych studni, na których dnie czaiła się noc.
— W czym mogę panu być pomocnym? — powtórzył Butrym pytanie.
— Potrzebuję człowieka mądrego, aby zrozumiał to, co ja wiem.
— A cóż pan wiesz?
Firdussi patrzył wciąż przed siebie.
— Wiem na przykład to — rzekł po chwili, jakby sennie — że obliczenia pańskie nie są dokładne, gdyż wielka mgławica w Łabędziu31, którą się pan zajmuje, posiada temperaturę znacznie wyższą, niźli pan przypuszcza.
— Ile? — spytał Butrym znienacka.
— Średnio sto trzydzieści ponad absolutne zero — odrzekł Pers bez zająknienia, po czym drgnął i otrząsnął się, jakby ze snu zbudzony.
Profesor czuł, że zaczyna mu się mieszać w głowie. O szczegółach pracy jego w ogóle nikt nic nie wiedział, tym mniej zaś mógł się o tym cośkolwiek dowiedzieć ów człowiek, przed kilku dniami nie wiadomo skąd tutaj przybyły.
— Kto pan jesteś? — zapytał zdumiony.