— Zośka! Więc ty chciałabyś mnie zdradzać?
— A! Nie o to chodzi. Choćbym chciała, to cię zdradzać nie będę, bo mam wstręt do was wszystkich, mężczyzn, brzydzę się wami! Brzydzę się, słyszysz? Ale to mnie gnębi, że mnie nie wolno tego, a choćby mi było wolno, że się na to nie zdobędę, na co ty śmiało możesz sobie pozwalać.
— Moja droga, są jednak pewne różnice...
— Banalne, głupie zdanie, które już od dawna, umiem na pamięć. A jeśli już tak myślisz naprawdę, to mógłbyś tę mądrość życiową, zachować dla siebie, na domowy tylko użytek, a nie produkować się z nią zawsze i wszędzie, w mojej obecności. Obrażasz mnie tylko przez to i na obelgi narażasz.
— Jak to?
— Prosta rzecz. Bodaj taki Śniegocki. Chłopak, któremu zaledwie wąs się wysypał. Słyszy, jak ty mówisz do mnie w jego obecności o tej rzekomej niższości kobiet i ośmiela się to potem sam w rozmowie ze mną powtarzać. Nie będę go w ogóle więcej przyjmować. Nieznośny jest.
— Zdawało mi się owszem, że go lubisz...
— Tak, ale to nie jest powód, aby mnie obrażał. A ty jesteś wszystkiemu winien!
Ukryła twarz w dłoniach i wybuchnęła nerwowym płaczem.
Ujął ją za rękę i pociągnął na stojącą w rogu otomanę. Tutaj posadził ją w kącie i usiadłszy przy niej, zaczął mówić spokojnym, powolnym głosem: