Ruszył ramionami.

— Nie widzę tedy żadnej rady — rzekł oschle.

— Naturalnie! Cóż ciebie to obchodzi, że ja się męczę po prostu. Przecie tobie zależało tylko na tym, aby mieć syna. I masz go, masz! To nie zajmowało cię nigdy, co ja myślę, co czuję, czego chcę.

— Nie jesteś sprawiedliwa. Myślałem o tym i myślę zawsze więcej, niż sądzisz.

— O! Gdybyś był myślał!... Nie zastosowałeś żadnego kroku w życiu swym do mnie, nigdy mnie nie miałeś na względzie.

— Idę swoją drogą — rzekł poważnie — na to nie ma już rady.

— A moja droga, co? A moja? Wieczyste krążenie między salonem, kuchnią a dziecinnym pokojem. Może bym przecie także chciała żyć, robić coś na świecie. Tyś wszystkiego używał, wszystkiego próbował, stoi ci wszystko otworem, a ja?

— Zośka, czegóż ty chcesz nareszcie?

— Nie chcę niczego, czuję tylko, że mi się straszna niesprawiedliwość dzieje. Nawet w miłości... Miałeś w życiu dość kochanek i dziś, gdybym ja ci się usunęła, możesz mieć kochankę i nikt ci tego nawet za złe nie weźmie. A ja znam w całym życiu tylko ciebie jednego i ciebie tylko będę znać — aż do przesytu!

Zaśmiał się mimo woli.