Uśmiechnął się smutno.

— Żałować mógłbym chyba tylko siebie w tym wypadku.

— A otóż! Wieczysty egoizm. Cóż tobie? Przecież ja ci się podobno jeszcze nie znudziłam, więc jest ci ze mną dobrze. Ale ja... Lubię cię, lubię, owszem, ale tak mi się okropnie sprzykrzyłeś przez te siedem lat, a muszę z tobą żyć.

Patrzył na nią przez chwilę, niepewny, czy to żart z jej strony, czy też prawda... Oparła łokieć na założonych kolanach, brodę na dłoni i patrzyła przed siebie. W oczach jej szeroko rozwartych dostrzegł duże, błyszczące w świetle lampy łzy.

Podszedł i przesunął ze smutną serdecznością dłoń po jej jasnych włosach.

— Zośka, więc czemuż ze mną pozostajesz?

— A dziecko?

— Jacuś? Wychowam go sam, jeżeli już tak musi być.

Odepchnęła go gwałtownie od siebie.

— Ach! Nie znoszę tej twojej udawanej dobroci! Czemu nie powiesz raczej od razu, że ci o mnie w ogóle nie chodzi? Przecież to są kpiny. Wiesz, że ja Jacka zostawić nie mogę.