„Moja droga, od czasu jak wyjechałaś, pusto mi jest i tak źle, że aż się dziwię czasem. Zżyłem się z Tobą i choć nie zawsze dobra dla mnie jesteś, brak twój okropnie odczuwam. Dom mi zmartwiał cały, odkąd Ciebie nie ma. To kilka dni dopiero, a mnie się już czas tak dłuży. Gdyby nie Jacek, nie wracałbym po prostu do domu, tak w nim jestem samotny. I on też tęskni za Tobą. Codziennie rano budzi się jak wróbelek ze świtem i przybiega do mego pokoju boso i w koszulce, i pyta: „Czy mamusia przypadkiem w nocy nie przyjechała?”. Wieczorem muszę go sam usypiać i opowiadać mu bajki, w których zawsze i Ty występujesz, jako jedna z dramatis personae36. Jeśli przypadkiem imię Twoje opuszczę, opowiadając mu różne wymyślone cuda o myszkach, konikach albo krasnoludkach, upomina się o Ciebie i uzupełnia: „a mamusia też tam była!”. W ten sposób towarzyszysz w jego myśli wszystkim ptakom, gwiazdkom mrugającym oczkami, zabłąkanym w lesie dzieciom i złotym rybkom, śpiewającym w kryształowym podwodnym pałacu...
To dziecko jest dla mnie takim szczęściem niesłychanym, że nie wiem, jak Ci mam za nie dziękować. Robię sobie też często wyrzuty, że nie zawsze myślę o tym, jak wiele w życiu mi dałaś i nie dość jestem cierpliwy i wyrozumiały wobec Twego, bardzo zresztą czasem naturalnego, zdenerwowania. Zośka! Ja Ci nawet nie umiem powiedzieć, jak ja strasznie pragnę, aby nam było naprawdę dobrze ze sobą... Nie mówmy już o tym — prawda? Nie potrzeba. Wrócisz za parę tygodni uspokojona, świeższa, wesoła, zobaczysz, z jaką tęsknotą Cię powitam i jak się będę starał, aby Ci nie dać niczym powodu do rozdrażnienia, w niczym Ci nie robić przykrości. Pragnę, abyś w domu miała ten pogodny, słodki uśmiech, z którym zazwyczaj widuję Cię tylko, gdy z obcymi ludźmi rozmawiasz... I wiesz Ty, że ja jestem wtenczas tak niewypowiedzianie zazdrosny! Zdaje mi się, że gdybyś Ty kogo innego pokochała i poszła ode mnie, zniósłbym to łatwiej, aniżeli tę myśl, że jesteś jasna, jesteś słodka, dobra jesteś i kochana — a ja nie mam nic z tego! Zośka, może w tym jest i moja wina, ale Ty mi daruj. Starszy jestem znacznie od Ciebie, mam swoją, pochłaniającą mnie pracę i trudno mi się czasem nagiąć do niektórych rzeczy, ale bądź i Ty wyrozumiała.
Pamiętasz, gdyśmy się poznali? Nie myślałem wówczas jeszcze, że będziesz moją żoną... Miałaś ze dwadzieścia lat, ale w duszy — mimo studiów, któreś odbywała — byłaś taką małą, małą i bardzo czystą dziewczynką. Patrzyłaś na mnie dużymi, jasnymi oczyma i raz pocałowałaś mnie pierwsza, prawie publicznie, z jakąś niewysłowioną prostotą i mówiłaś mi, że mnie kochasz. Zośka! Czyż to już tak bardzo dawno temu?
Wówczas już w pracy swej zawodowej dosyć daleko postąpiłem i miałem w świecie pewne znaczenie. Prosiłem Cię, abyś nie patrzyła na mnie jak na człowieka, który z gwiazd do Ciebie przychodzi, bałem się, że mnie zbyt idealizujesz, bo to się potem zawsze mści. Śmiałaś się wówczas. Przebaczę Ci zawsze wszystko — mówiłaś, — bo jesteś jasny i mądry, i masz taką potężną moc i radość życia w sobie, i ja wiem, że mi z tobą będzie dobrze, wierzę, że zawsze będziesz lepiej ode mnie wiedział, czego mi potrzeba... Miałbym ochotę głową bić o mur, gdy sobie to przypomnę, i włosy targać na łbie z rozpaczy, że tak nie jest! Nie jest! Nie jest! Snać ja nie byłem taki, jak Ty sobie wyobraziłaś albo też Ty teraz, patrząc zbyt z bliska na mnie, widzisz w karykaturalnym powiększeniu wszystkie moje wady i niedostatki, nie umiejąc już dojrzeć poza nimi tego, co we mnie może jest naprawdę jasne i dobre. A najlepsza jest we mnie miłość dla Ciebie, Zośka, w to wierz, proszę Cię...
Poza tym cóż Ci mam pisać? Życie tu moje idzie zwykłym trybem, pracuję dużo, poza wykładami przesiaduję jeszcze po kilka godzin dziennie w obserwatorium nad tymi cudownymi obliczeniami, w których powoli cały wszechświat mi się tak ujawnia i objaśnia. Szkoda, że Ciebie to tak mało zajmuje. Nieraz w domu mam ochotę mówić Ci o tym, Tobie jednej na świecie, gdyż wiesz, że poza tym nie lubię i nie umiem o swych pracach z nikim rozmawiać. Ale Tobie chciałbym czasem opowiadać o tym wszystkim i pokazać Ci tę otchłanną, przerażającą mądrość istnienia, i tę tajemnicę porządku, niezgłębioną zagadkę alfy i omegi.
Gdyś wyjeżdżała, mówiłem Ci o Firdussim, dziwnym człowieku, który tu do mnie przyszedł. Im dłużej z nim przebywam, tym mniej wiem, co o nim myśleć. Zdaje się, że to nie jest szarlatan, a nie mogę zrozumieć przedziwnej konstrukcji jego ducha, który w pewnych chwilach czyta w gwiazdach jak w otwartej książce i sam jest zdumiony tym, co przeczytał. Zresztą opowiem Ci wszystko, gdy do mnie znowu przyjedziesz.
Ze znajomych spotykam się tylko częściej ze Śniegockim, którego coraz więcej lubię, i z Krasołuckim. Tego, wiem, że Ty nie znosisz, ale powiadam Ci, że to jest ciekawy człowiek, mimo najgorszych pozorów, bardzo w duszy głęboki, dobry i bardzo nieszczęśliwy.
Przyjedź jak najprędzej! A raczej — zostań tak długo, jak chcesz, ale przywieź nam tu obojgu trochę tego słońca, które Ci tam świeci nad morzem. Brak go tutaj strasznie, dnie są ponure, zimne, mgliste, jesienne... Ściskam Cię z całego serca i całuję Twe oczy długo i gorąco. Jacuś wie, że piszę list do Ciebie, a i upomina się, abym go szybko nauczył pisać, to on się do mamusi dopisze...! Ponieważ to nie da się tak prędko załatwić, więc tymczasem całuję Cię także i od niego. Pisz dużo — co robisz, co myślisz, jak się czujesz.
Twój Mieczysław.