Pani Zośka odpisała:
Monte Carlo, dnia... listopada...
Mój drogi, że Ty też nie umiesz pisać inaczej, jak tylko z wyrzutami! Pomyśl, że ja przecie mam tego dosyć w domu i tu mnie oszczędź przynajmniej, abym mogła wytchnąć i przyjść nieco do równowagi. Wiesz dobrze, że za powrotem do domu czeka mnie znowu ten nieznośny kierat zajęć codziennych i niekończąca się nigdy litania Twoich do mnie pretensji. Niechże choć tutaj o tym nie myślę. Przyślij mi trochę pieniędzy, bo to, co wzięłam z domu, już się wyczerpało. Zresztą w tych dniach powinna była nadejść moja renta. Skieruj ją tutaj od razu. Na Jacka uważaj. Niech nie biega do Twego pokoju boso i w koszuli, bo się przeziębi. Ucałuj go ode mnie bardzo, bardzo i przyślij mi jaką dobrą jego fotografię. Nie wiem jeszcze, kiedy wrócę. Pogoda jest bardzo ładna. Poznałam tu kilku miłych ludzi. Zwłaszcza jednego Hiszpana o czarnych, palących jak węgle oczach. Szkoda, że ja już jestem taka stara i wcale nie mam ochoty „puścić się”. A Ty się tam musisz dobrze z Krasołuckim łajdaczyć!
Całuję Cię. Zofia
Profesor Butrym zadumał się nad listem żony. W pierwszej chwili odruchowo chwycił kartkę listowego papieru i chciał natychmiast odpowiedzieć... Kłębiły mu się w myśli słowa pełne goryczy i żalu.
— Zośka, Zośka — powtarzał do siebie półgłosem — więc to jest cała odpowiedź Twoja na mój list? Więc tyle w nim tylko wyczytałaś? I nic mi więcej nie miałaś do powiedzenia?
Wstał i ścisnąwszy skronie rękoma, począł chodzić po pokoju. Uczucie jakiejś głębokiej, a niedającej się określić krzywdy wzbierało w nim i w końcu poczęło kipieć zawziętą złością. Ściągnął brwi, aż ból poczuł w zmarszczonym czole, na zaciśniętych zębach wargi rozchylały mu się nerwowo jak u zwierza, który chce kąsać.
W tej chwili Jacek wszedł do pokoju. Spojrzał na ojca zdumiony.
— Tatusiu, co tatuś robi?