Posmutniała widocznie i patrzyła przed siebie szeroko rozwartymi oczyma. Spojrzał na nią badawczo.

— Co pani jest, pani Zośko? Panią spotkało dzisiaj coś nieprzyjemnego...

— Głupstwo! — zawołała nagle ze sztucznym ożywieniem. — Nie mówmy o tym. Chcę się czego napić. Niech pan każe podać koniaku.

— Może wypijemy flaszkę szampana?

— Nie! Nie znoszę wina. Koniak tylko...

Wychyliła szybko przyniesiony kieliszek i podsunęła go Turskiemu, aby go znów napełnił. Drugiego jednak nie piła. Trzymała szkło za szyjkę i przypatrywała się na pozór z wielkim zajęciem bursztynowemu płynowi.

Podano langusty tymczasem.

— Niechże pani je! — ozwał się52, usiłując przerwać jej nienaturalny nastrój.

Zaczęła jeść powoli.

Gdy Turski milczał, nie wiedząc, na jakie by właściwie tory sprowadzić rozmowę, ona sama po pewnym czasie jęła53 mówić i wypytywać go o to, co się dzieje w Krakowie, w Zakopanem, o teatr jego, o znajomych. Zauważył jednak, że odpowiedzi słucha z roztargnieniem, a nawet powoli zaczął nabierać przekonania, że ona w ogóle nie słyszy i nie rozumie tego, co on jej opowiada.