Rozmawiali ze sobą żywo i wesoło. Po pewnym czasie pani Zośka zagadnęła:
— Wie pan, że od pierwszego śniadania nic nie miałam w ustach i głodna jestem szalenie. Może pójdziemy gdzie co zjeść, jeśli pan nie ma nic ważniejszego do roboty.
— Służę pani. Zbliża się właściwa pora obiadowa.
Na ulicach światła się już paliły. Okrążyli kwietny gazon przed kasynem i zawrócili się na lewo w stronę restauracji Carlstown. Miejsce to wybrała sama Butrymowa w jakiejś nieokreślonej nadziei, że spotka tam dwie, dziś rano przed Cafe do Paris widziane damy, które — nie wiadomo dlaczego — zachciało się jej nagle znów zobaczyć.
Ale restauracja, zapełniająca się zazwyczaj dopiero późną nocą, pusta była prawie zupełnie o tej porze. Zaledwie tu i ówdzie siedziało przy obiedzie jakieś małe i bardzo przyzwoite towarzystwo, obsługiwane przeważnie przez większą ilość lokai niż samo członków liczyło.
Usiedli obok ogromnego okna, nie pozwalając zapuszczać firanek.
— Lubię czasem patrzeć na ulicę — mówiła pani Zośka — zwłaszcza że ludzie zwykle lepiej wyglądają z daleka i przez szybę, niż w bliższym zetknięciu.
— Czy się pani zdążyła już o tym przekonać? — wtrącił lekko.
Odpowiedziała mu całkiem poważnie.
— Przekonuję się ciągle i zawsze, a to najgorsza51, że czasem nie wiem, czy ja sama temu przypadkiem nie jestem winna.