Oczy jej płonęły prawie radośnie, odblask jakiejś nadziei rozświetlał jej białe, wewnętrzną gorączką strawione lica.

Jeret się odwrócił.

— Pilnuj szerna, którego ci zostawiono! Dość jeden w więzach na ciebie!

Ihezal pobladła i cofnęła się w tył.

— Jeret! — krzyknęła.

Ale on wychodził już ze świątyni, nie oglądając się nawet poza siebie.

Dziewczyna pochyliła głowę i stała przez pewien czas bez ruchu. Wir dziwnych, w szalonym kole tańczących myśli ją ogarnął. Huczały jej w piersi jakieś hymny radosne, że on jest... że może być, jak ona, człowiekiem, a jednocześnie czuła ból, jakby kto nagłą i niepojętą pustkę w jej duszy uczynił...

Obejrzała się trwożliwie. Przez pustkę wewnętrzną odczuła mimo woli silniej pustkę miejsca, gdzie się znajdowała, pustkę ogromnej, opuszczonej świątyni. Odruchowo przypadła do stóp jakiejś kolumny, wtulając się między podstawy wielkich kamiennych kadzielnic.

Próżne były i wystygłe. Od dni już długich nie rzucał nikt wonnej żywicy do wnętrza miedzianych czar, kędy się walały w pyle resztki węgli, niegdyś świętych. Na pniu kolumny znać jeszcze było czarne ślady dymu, który stąd niegdyś wznosił się ustawicznie.

Patrzyła na otaczającą ją pustkę zdziwionymi, szeroko w lęku rozwartymi oczyma, jak gdyby ją dzisiaj po raz pierwszy dopiero spostrzegła i zauważyła.