ugodzonej pęknięciem lirenki Jak strup kory

umyka od drzewa tak kruszec opuszcza sioło

przymkniętych rąk Bo były niegodne szczerego

złotego pola W poranioną ciszą porę

głuchnie uchwyt

zgrzyta przetrącony

win dojrzałością okalecza

niepokalane: chatkę baranka

dziecko

z dna chybionego formatu