Więc kobieta krzątała się przez dzień cały, a chłopaczek kręcił się przy niej.

Pewnego letniego dnia, kiedy wraz z innymi grabiła siano na łące, rozgląda się nagle — a tu synek gdzieś zniknął.

— Gdzieś go tam poniosło, łobuziaka — mówi do kobiety, co pracowała obok. — Pójdę, poszukam go.

Położyła grabie w trawie i przed siebie idzie.

— Jaśku! Jaśku! — nawołuje — wracaj do mamusi!

Gdzieś, tak jakby nie wiadomo skąd, głos synka jej dobiega. Rozgląda się — widzi, że jej chłopaczek w jakiejś sporej dziurze siedzi. Zbliża się, zagląda, a tu w jamie skarbów bez liku! Pieniążki złote, pierścienie ozdobne, broszki jakieś, kolczyki...

A Jasiek na tej stercie skarbów siedzi, złote pieniążki przesypuje, bawi się.

Schyla się matka, żeby dzieciaka z jamy wyciągnąć, ale jakaś myśl ją tknęła.

— A czemu i ja nie miałabym z tych skarbów skorzystać?

Zgarnia garście złota, w fartuch zawija i mówi: