— Poczekaj, Jaśku, ja zaraz po ciebie wrócę!

I biegnie matka do starej gruszy, co w pobliżu rosła.

Wrzuca fartuch ze złotem do dziupli, co w pniu gruszy była, trawą, liśćmi przykrywa i z powrotem do jamy biegnie.

Ale cóż to? Dokoła tylko trawa równo się ściele, ani jamy, ani skarbu żadnego, ani synka najmilszego nigdzie nie ma.

Pojęła matka, że się straszna rzecz stała. Zatrzasnęła się jama ze skarbami, a jej Jasiek został w środku.

Jeszcze nie do końca w to wierzy: woła, szuka, pod każdy krzaczek zagląda.

Jeszcze ludzi na pomoc wzywa:

— Jasiek mi zaginął! Pomóżcie szukać!

O skarbie nic nie wspomina, wierzy jeszcze, że dziecko tu, na tym świecie być musi.

Zbierają się sąsiedzi ze światłami, latarkami — bo już zaczęło się ściemniać — przez pola i lasek chodzą, szukają. Nic.